Ryga, Łotwa, 05.2013

Na długi weekend majowy w 2013 roku wybraliśmy się na północny wschód, to znaczy na Łotwę i Litwę. Wtedy jeszcze nie można było dolecieć tam tanimi liniami z Polski, więc zdecydowaliśmy się na podróż autobusem. Wyjeżdżał on z Warszawy, jechał przez Białystok, Suwałki, Kowno, Wilno, i dopiero stamtąd do Rygi. Na miejscu byliśmy około południa, po jakichś 13 godzinach podróży… Niestety w połączeniu z tym, że wcześniej spędziłam cały dzień w pracy a następnie jechałam jeszcze 4 godziny do Warszawy, to nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do zwiedzania. Poszliśmy więc do hostelu znajdującego się tuż obok katedry. Niestety było jeszcze za wcześnie i nie mogliśmy się zameldować. Na szczęście udało nam się zostawić bagaż w recepcji hostelu (chociaż przechowalnia bagażu znajdowała się za biurkiem recepcjonisty, który rzadko siedział na swoim miejscu, więc mieliśmy pewne wątpliwości, czy powierzać mu nasze rzeczy). Postanowiliśmy iść na spacer i trochę rozejrzeć się po mieście. Każda chwila była cenna, bo już następnego dnia po południu mieliśmy jechać do Wilna.

Dom Bractwa Czarnogłowych

Dom Bractwa Czarnogłowych

 Zaczęliśmy spacer od bardzo ważnej rzeczy – wymiany pieniędzy. W 2013 roku na Łotwie walutą był łat (wart ok. 6zł), którego nie sposób było kupić w Poznaniu. Mieliśmy więc przy sobie tylko euro i karty płatnicze. Na szczęście okazało się, że bez problemu wypłaciliśmy z bankomatu łotewską walutę (choć kurs nie był najlepszy). Później mijaliśmy kilka kantorów, i bodajże tylko w jednym można było kupić złotówki. Teraz ten problem już nie występuje, ponieważ od stycznia 2014r. walutą  Łotwy jest euro.

Chcieliśmy iść do jakiegoś parku, ale choć był sam początek maja i w Polsce wszystko już się zieleniło lub/i było pokryte kwiatami, tak na Łotwie dopiero pojawiały się pierwsze pąki na drzewach. Było też nieco chłodniej niż w Polsce. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy cofnęli się w czasie jakieś dwa-trzy tygodnie – po prostu dało się odczuć, że Łotwa położona jest bardziej na północy niż Polska. Pokręciliśmy się więc tylko chwilę w okolicy rzeki i poszliśmy w stronę ulicy Alberta (łot. Alberta iela) z pięknymi secesyjnymi kamienicami. Następnie minęliśmy jeszcze budynek Akademii Sztuki.

Po drodze mijaliśmy kilka cerkwi – na Łotwie jest wielu prawosławnych. Postanowiliśmy zwiedzić Sobór Narodzenia Pańskiego w Rydze, czyli katedrę Łotewskiej Cerkwi Prawosławnej. Została ona zbudowana pod koniec XIX wieku w stylu neobizantyjskim. Już z zewnątrz, mimo tego, że częściowo zasłonięta rusztowaniami, katedra wyglądała imponująco, dlatego byliśmy ciekawi, jak prezentuje się jej wnętrze. Jeszcze nie zdążyliśmy wejść do środka – staliśmy w przedsionku i przeglądaliśmy regulamin, gdy wychodzący ze środka mężczyzna zaczął coś do nas mówić po rosyjsku mocno poddenerwowanym głosem. Na szczęście szybko się zorientowaliśmy, że chodzi o to, iż mam schować aparat fotograficzny, bo w środku nie wolno robić zdjęć oraz że mam zakryć głowę i włosy. Szybko więc to zrobiłam.

We wnętrzu świątyni było bardzo dużo osób, raczej miejscowych niż turystów. Później dopiero dowiedzieliśmy się, że dla prawosławnych była to sobota wielkanocna, czyli przeddzień najważniejszego święta chrześcijan, stąd te tłumy.

To była dopiero moja pierwsza wizyta w cerkwi, więc zrobiła na mnie wrażenie. Oczywiście widziałam wcześniej zdjęcia i wiedziałam, czego się spodziewać, jednak ilość bogactwa, wszelakich złoceń i ikon tak wywarła na mnie duże wrażenie. Żałuję, że nie można było tam robić zdjęć. Szczególnie imponująco wyglądał ikonostas, czyli taka ozdobna ściana pokryta obrazami.

Wystarczyła chwila spaceru, a zdążyliśmy zrobić się głodni. Wcześniej szukaliśmy informacji o jakichś miejscach z dobrym jedzeniem, ale jakoś nie mogliśmy trafić na żadne z nich. Ceny w większości restauracji były odstraszające – Łotwa nie jest bogatym krajem, a było dużo drożej niż w Polsce.  W końcu udało nam się gdzieś coś zjeść, ale nie było to nic szczególnego.

Poza tym zaskoczyło nas, że w starej części Rygi nie ma prawie w ogóle sklepów. Nawet takich małych, jak polskie Żabki czy Małpki. Mieliśmy więc problem, by kupić choć butelkę wody.

Na szczęście był już czas by zameldować się w hostelu, dlatego tam podążyliśmy. Po całej nocy w podróży mieliśmy wielką ochotę po prostu chwilę odpocząć leżąc na łóżku. Gdy tak odpoczywaliśmy, przez otwarte okno słychać było życie miasta. Dziesiątki zmieszanych głosów w różnych językach, muzyka na żywo w jednej z restauracji, oraz inne dźwięki dochodzące z ulicy towarzyszyły naszemu leniuchowaniu.

W końcu postanowiliśmy produktywnie spędzić resztę popołudnia i wybraliśmy się na zwiedzanie kolejnej katedry, tym razem luterańskiej. Została ona zbudowana w XIII wieku. Szczególnie duże wrażenie robi wysoka na 90 metrów wieża katedry.

Następnie wybraliśmy się do kościoła św. Piotra. Na jego wieży znajduje się taras widokowy, na który oczywiście postanowiliśmy wjechać (tak, jest tam winda). I to był znakomity pomysł, ponieważ widok, który ujrzeliśmy z wieży, był najpiękniejszym, który ujrzeliśmy na Łotwie. Widzieliśmy rzekę Dźwinę, która dzieli miasto na dwie części. Na drugim jej brzegu jest charakterystyczna wieża telewizyjna. Oczywiście świetnie widoczne było całe stare miasto – kościoły, cerkwie, ale też dworzec czy znajdujące się przy nim hale targowe. Widać było całe miasto, a także tereny je otaczające. W oddali można było dostrzec nawet morze (Ryga znajduje się bowiem tylko kilkanaście kilometrów od Bałtyku)!

Następnie poszliśmy zobaczyć chyba najbardziej znany budynek w Rydze – Dom Bractwa Czarnogłowych. I muszę przyznać, że wygląda on ciekawie nie tylko na zdjęciach.

Po wrażeniach widokowych postanowiliśmy wieczór spędzić przy piwie. I tym sposobem znaleźliśmy uroczy lokal Lido Alus Seta, o którym już wcześniej słyszeliśmy, ale którego to nie mogliśmy znaleźć. Był on urządzony w specyficzny sposób. Z jednej strony przypominał polskie knajpy typu „swojskie jadło” (drewniane wykończenie, obsługa w strojach ludowych, regionalne potrawy), z drugiej strony był tam bar typu „sam nałóż na talerz co chcesz i podejdź do kasy”, a z tyłu była część bardziej przypominająca pub lub minibrowar, gdzie ludzie siedzieli przy piwie. I co dla nas wówczas było bardzo istotne – ceny były przystępne. Od razu wiedzieliśmy, gdzie zjemy następnego dnia obiad :)

Następnego dnia pokręciliśmy się jeszcze po mieście. Poszliśmy zobaczyć hale targowe znajdujące się blisko dworca. Są to naprawdę duże budynki, w których prowadzony jest handel. Brak jest wydzielonych sklepików czy nawet boksów, wygląda to jak targowisko tyle że zadaszone, a punkty handlowe mają lady i lodówki. Można tam w miarę tanio kupić produkty spożywcze, choć może być trudno się porozumieć ze sprzedawcami.

W tym miejscu muszę napisać kilka słów na temat możliwości komunikacji na Łotwie. Otóż najwięcej osób mówi tam po łotewsku i rosyjsku. Spowodowane jest to oczywiście tym, że ok. 42,5% mieszkańców Rygi to Łotysze, a 40% to Rosjanie. Co do znajomości języka angielskiego, to jest z nią różnie. Nawet jeżeli ktoś go nieco zna, to boi się w nim rozmawiać. Często widać, że ktoś rozumie co się do niego mówi, ale jest tak zestresowany faktem, że ktoś mówi do niego po angielsku, że nie chce rozmawiać. Całe szczęście mój chłopak zna troszkę rosyjski, a ja opanowałam kilka słów po łotewsku (kilka liczb, proszę, dziękuję, słowa na powitanie), więc jakoś te dwa dni udało się przetrwać. Tylko w hostelu recepcjonista mówił  dobrze po angielsku. Cieszyliśmy się więc, że bilet na autobus z Rygi do Wilna mieliśmy kupiony przez internet. Bo z  kierowcą to nawet ciężko było potwierdzić dokąd jedzie, nie wiem jak by poszło kupowanie biletu…

Panorama starego miasta z mostu

Panorama starego miasta z mostu

Ogólnie nasz pobyt w Rydze trwał niecałe dwa dni. I myślę, że jest to wystarczający czas, by zobaczyć najważniejsze miejsca w mieście. Jakbym była tam dłużej, to chciałabym jeszcze na chwilę wyskoczyć nad morze. Czy Ryga mi się podobała? Raczej tak. Było w niej coś trochę innego, co odczułam zwłaszcza później, gdy zwiedzaliśmy Wilno, które jest tak podobne do polskich miast. Stolica Łotwy to jednak nie jest miasto, które zachwyci każdego. Zapewne jeżeli ktoś zwiedził już kawał świata,  nie znajdzie tam wielu odkrywczych rzeczy. Jeżeli więc ktoś nie nastawia się na coś niesamowitego, to może zobaczyć to miasto. Moim zdaniem weekend w zupełności wystarczy. Choć mnie pozostały po Rydze raczej dobre wspomnienia, to raczej albo wcale, albo prędko do niej nie wrócę, ponieważ wolę odwiedzić jakieś nowe miejsca.

Bookmark the permalink.

4 Comments

  1. mnie osobiście Ryga się podobała, też byłam tam w 2013 roku, tylko pod koniec lipca, bo właśnie z niej rozpoczynał się ostatni etap Tall Ships Races, w którym brałam udział. na zwiedzanie Rygi mieliśmy jedno popołudnie, które spędziliśmy snując się po uliczkach starówki/starego miasta, które naprawdę bardzo nam się podobało. też mieliśmy problem, żeby znaleźć sklep, ale w końcu wpadliśmy na jakieś centrum handlowe.
    takiego stricte zwiedzania nie robiliśmy, więc pewnie jeszcze kiedyś tam wrócę. chociaż już na pewno nie autobusem z Warszawy, bo nasz jechał 17 godzin. ;)
    pozdrawiam i czekam na Wilno. :)

  2. Nie miałam jeszcze przyjemności udać się w te rejony (Litwa, Łotwa, Estonia). Na pewno kiedyś się tam wybiorę, bo bardzo intrygują mnie te tereny :) Twoja relacja bardzo mi się podobała i sprawiła, że mam jeszcze większą chęć pojechania na północny wschód.

Miło jest czytać komentarze - może jakiś napiszesz?