Nie taki Kazimierz Dolny piękny, jak go malują (07.2015)

Od lat chciałam odwiedzić Kazimierz Dolny. Słyszałam o tym nadwiślańskim miasteczku wiele dobrego – że tak pięknie położony, że takie ładne kamienice, że tylu tam artystów… Przez to bardzo chciałam to miejsce zobaczyć. Gdy latem 2015 roku miałam spędzić tydzień na Lubelszczyźnie, to Kazimierz Dolny od razu trafił na listę miejsc, które musiałam odwiedzić.

Widok na miasto i Farę

Widok na miasto i Farę


Dojazd z Lublina do Kazimierza jest prosty – te 50 kilometrów należy pokonać albo samochodem, albo busem. Wybraliśmy opcję drugą, ponieważ nie byliśmy wtedy zmotoryzowani. Podróż nie należała do najbardziej komfortowych w życiu, ale i tak cieszyliśmy się, że w ogóle się zabraliśmy – wiele osób po drodze nie mogło już wsiąść, bo wszystkie miejsca były zajęte. Zmuszeni byli czekać dalej na kolejnego busa  – kilkanaście a może kilkadziesiąt minut… Część przyjmowała to ze stoickim spokojem, jednak część żegnała odjeżdżający pojazd porcją wyzwisk. Na szczęście podróż nie trwała długo, około godziny, i już przed 11 byliśmy na miejscu.

Kazimierz Dolny jest na tyle mały, że bez podpowiedzi trafiliśmy na słynny rynek. I wtedy okazało się, że był akurat dzień targowy, więc na placu rozłożone były stragany, wokół których kręcili się ludzie, głównie chyba mieszkańcy miasteczka. Widać jednak było, że powoli handel dobiega końca, więc  postanowiliśmy przejść się gdzieś dalej i wrócić na rynek później. Tym sposobem trafiliśmy w okolice klasztoru Franciszkanów i kościoła pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Obiekty otoczone są dawnymi murami obronnymi, a żeby podejść do kościoła trzeba pokonać kilkadziesiąt krytych schodów.  Spod kościoła rozlega się widok na miasteczko. Doskonale widoczna jest inna świątynia, jeden z najsłynniejszych zabytków Kazimierza – kościół Farny.

Właśnie ku Farze skierowaliśmy następnie swoje kroki. Kościół św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja ufundowany został przez Kazimierza Wielkiego około 1325 roku.  Ponad dwieście lat później przebudowano go  w stylu renesansowym. Kilka lat temu kościół został odrestaurowany.
W świątyni znajduje się kilka obiektów godnych szczególnej uwagi:
- jedne z najstarszych w Polsce organów
- stalle z XVII wieku
- chrzcielnica z warsztatu Santi Gucciego
- barokowy ołtarz
- ambona z 1615 r. z rokokowym zwieńczeniem
Kościół można zwiedzać samodzielnie lub z audioprzewodnikiem. Warto wejść także na balkon i spojrzeć na wnętrze świątyni z innej perspektywy.

Po zwiedzeniu Fary udaliśmy się w kierunku ruin zamku i Góry Trzech Krzyży. Zamek w Kazimierzu został wybudowany prawdopodobnie z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w latach 40. XIV wieku. Po pożarze w 1663 roku nie odbudowano go i dziś jest ruiną. Można go zwiedzić, jednak wydało nam się to mało atrakcyjne i z tego zrezygnowaliśmy.

Kusiła nas kolejna atrakcja – Góra Trzech Krzyży, skąd rozpościera się najpiękniejszy widok na Kazimierz Dolny i jego okolicę. Podejście pod górę jest nieco strome, co odstraszało wiele osób o gorszej kondycji, jednakże trwa tylko kilka minut (od ruin zamku). Także nie warto się poddawać, a w wolnym tempie podejść na samą górę. Bo widok, który się z niej rozpościera, wart jest tego chwilowego wysiłku.

Na górze rzeczywiście znajdują się trzy krzyże. Podobno pierwsze krzyże ustawiono tam już 300 lat temu, by upamiętnić ofiary epidemii cholery.

Jak już wspominałam, Góra Trzech Krzyży to znakomity punkt widokowy. Oprócz całego miasteczka, widać również Wisłę i bardziej stromy lewy brzeg rzeki.

Po zejściu ze wzgórza postanowiliśmy zobaczyć wąwóz lessowy – coś, co zapamiętaliśmy z lekcji geografii, a nie mieliśmy okazji wcześniej oglądać. Wybraliśmy leżący blisko miasta Wąwóz Plebanka. Zaczyna się on tuż za klasztorem Franciszkanów. Typowy wąwóz lessowy ma strome zbocza i płaskie dno, a powstał w wyniku erozyjnej działalności wody. Jego zbocza pokrywa zwykle roślinność. Takie też jest Wąwóz Plebanka, który odwiedziliśmy. Muszę przyznać, że wyglądał ciekawie, lecz niestety chmary komarów dosyć szybko nas z niego wygoniły ;)

Następnie udaliśmy się nad Wisłę. Wzdłuż rzeki ciągnie się 4-kilmetowy bulwar, dlatego można spotkać tam wielu spacerowiczów. To dobre miejsce widokowe – miasteczko nieźle się stamtąd prezentuje. Do tego krajobrazu nie pasował tylko kiczowaty statek pływający po Wiśle…

Postanowiliśmy wrócić na rynek, by zobaczyć go straganów.  Najpierw jednak pokręciliśmy się trochę po uliczkach Kazimierza. Z żalem zauważyliśmy, że ceny w lokalach były bardziej warszawskie niż lubelskie… Zaopatrzyliśmy się więc tylko w drożdżowe ciastka w kształcie kogutów – kazimierski przysmak.

Okazało się, że na rynku handlarzy zastąpiły Cyganki. Co chwilę któraś nas zaczepiała i oferowała możliwość powróżenia… Naprawdę ciężko się było od nich uwolnić.
Na środku rynku przywitała nas ogromna kukła przedstawiająca zapewne króla Kazimierza Wielkiego. Hmmm, nie urzekła mnie za bardzo…

Poszukaliśmy tych słynnych zdobionych kamieniczek. Niestety zostało ich tylko kilka. Te rzeczywiście wyglądają bardzo ładnie, ale szkoda, że ich tak niewiele.

Na koniec jeszcze typowe zdjęcie z Kazimierza – studnia na rynku a w tle Fara, i postanowiliśmy opuścić to miasteczko, które nieco nas rozczarowało.

Dlaczego tak się stało? Zapewne z wielu drobnych powodów.

Po pierwsze, byliśmy świeżo po wizycie w zadbanym Sandomierzu, gdzie  mieliśmy wrażenie, że każdy się stara, by jak najlepiej ugościć odwiedzających go turystów. Za to w Kazimierzu wydawało nam się, że nikomu nie chce się za bardzo starać, bo wie, że turyści i tak przyjadą… Nawet w informacji turystycznej dostaliśmy tylko mapkę miasta, nikt się nie pokwapił by coś więcej opowiedzieć lub dać więcej materiałów.

Po drugie wiele obiektów w Kazimierzu wymaga odnowienia. Obok ładnej kamienicy potrafi znajdować się taka, która psuje cały widok.

Poza tym miałam wrażenie, że każdy tam chce jak najwięcej na turystach zarobić. Płatny jest wstęp na szczyt Góry Trzech Krzyży. Płatne zwiedzanie ruin zamku. Płatne jest skorzystanie z toalety remontowanej trzydzieści lat temu… Ja rozumiem, że nie ma nic za darmo, ale można by chyba odnowić toalety czy lepiej oznakować szlaki turystyczne. Wiele osób obierało zła drogę w okolicy Góry Trzech Krzyży i ruin zamku, ponieważ nie wiedzieli gdzie prowadzi dana ścieżka.

 

Kolejna sprawa to tandetne atrakcje – statek udający  piracki (chyba) czy plastikowe gadżety sprzedawane na straganach. Cóż, tam gdzie pojawiają się tłumy, tam pewnie pojawiają się też takie rzeczy… Ale statek mógł sobie zostać w Łebie czy Kołobrzegu…

Nie poczuliśmy też slynnego artystycznego klimatu Kazimierza. Niestety nie widzieliśmy w całym miasteczku ani jednego malarza, których tam podobno zawsze takie tłumy. Ale to pewnie przez to, że dzień był pochmurny.

Najbardziej jednak przeszkadzały nam wszechobecne Cyganki, które uniemożliwiały zatrzymanie się w jakimkolwiek miejscy na dłużej niż 10 sekund. Byliśmy w środku sezonu, jednak nie był to weekend, więc nie było tłumu turystów. Może więc dlatego tak się na nas uparły. W każdym razie skutecznie przyspieszyły naszą decyzję o opuszczeniu tego miasta zaledwie po 3 godzinach pobytu. Zamiast wybrać lokal na obiad, udaliśmy się na przystanek, by udać się w dalszą podróż. Było bowiem na tyle wcześnie, że postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Puławy. Ale to już inna historia, o której napiszę niedługo.

A Wy lubicie Kazimierz Dolny?
Jakie powszechnie znane i lubiane miejsce Was rozczarowało?

Bookmark the permalink.

15 Comments

  1. Całkowicie się zgadzam – rozczarowanie… może, gdyby spędzić tam dłuższą chwilę, nie tylko ograniczyć się do szybkiego zwiedzenia kilku zabytków, to z pewnością coś z tej legendarnej „atmosfery” by skapnęło. Kazimierz Dolny ma swoisty klimat. Byłem tam przejazdem „po sezonie” i przez prawie godzinę przeczekiwaliśmy ulewę więc i cyganek oraz turystów nie było widać, a część straganów z tandetą została skutecznie spłukana. „Mokry Kazimierz” wyglądał dość atrakcyjnie, zaczynał „wsysać” i mimo pierwszego, negatywnego odbioru pozostawił swój głębszy ślad w pamięci i refleksję, że chyba trzeba tam ponownie zajrzeć nim stanie się jedynie legendą, a kamienie i cegły, których dotykali i stąpali po nich ludzie żyjący przed wiekami zaginą w stercie stylizowanych współczesnych podróbek… Pozdrawiam :)

  2. Absolutnie się nie zgadzam! Znam piękniejsze miasteczka i wiem, że Kazimierz ma sztucznie napompowaną sławę, ale to jest miejsce z klimatem. Byłam po sezonie. Na Rynku tylko miejscowi (tez był targ), żadnych plastikowych badziewiaków, snuliśmy się wolno tymi uliczkami, nawet z dala od głównych atrakcji. Były Cyganki, zaczepiały nas, ale po krakowskich doświadczeniach już potrafię się ich pozbyć. Polecam Dwa Księżyce Kuncewiczowej, książka wprowadza w klimat sztetlu i tak się trochę czułam. Pozdrawiam!

  3. Do Kazimierza jeżdżę od dziecka, bo niedaleko mieszkają dziadkowie, więc moja opinia opiera się na wspomnieniach z tego pięknego miasteczka. Dawno temu, kiedy jeździliśy tam na lody i spacer na wzgórze nikt jeszcze nie słyszał o odpustowych badziewiach, W ostatnich latach wszystko się pozmieniało, ale mnie to miejsce i tak kojarzy się z wycieczkami z babcią i kanapkami pakowanymi w papier zjedzonymi na rynku (nikt wtedy kebaba na oczy nie widział).

  4. Szkoda, że zawiódł Was Kazimierz. Ja nie byłam jeszcze w tym mieście, ale mam wobec niego duże wymagania, ponieważ znajomi wychwalali to miasto. Wstęp na górę płatny? Nie podoba mi się to rozwiązanie. Widoki z góry świetne! :) Statek mnie też wydał się kiczowaty.
    Mnie zawiodła Bolonia, niestety.

  5. A mnie się Kazimierz podobał. Bardzo klimatyczne niewielkie miasteczko. Wstęp na Górę Trzech Krzyży był płatny, ale tylko w czasie największej lawiny turystów. O zachodzie słońca nie było tam nikogo, czego do dziś nie rozumiem, bo widoki przepiękne :) Wąwóz lessowy nie jest za ciekawy, zwykły spacer po lesie. Szkoda, że nie zawitałaś do wąwozu korzennego – tam są dopiero atrakcje :) Jedyne co mnie odstraszało od kazimierzowskiego rynku to cyganki próbujące na siłę uszczęśliwić wyssaną z palca wróżbą. Pozdrawiam :)

    • Chętnie bym się wybrała do wąwozu korzennego, jednak akurat mój towarzysz był kontuzjowany i musieliśmy ograniczać dłuższe spacery… Ale może kiedyś to nadrobię ;)

  6. W porównaniu z Sandomierzem sam Kazimierz rzeczywiście trochę rozczarowuje, zwłaszcza jeśli chodzi o atrakcje centrum. Nadrabia to okolicami, ale faktycznie, też odniosłem wrażenie strasznej komercji i zbyt dużej w moim odczuciu chęci zysku.

    • W Sandomierzu na każdym kroku widać było chęć przyciągnięcia ludzi i przypodobania się im, co wiadomo że i tak przyniesie korzyść. Z kolei w Kazimierzu odczuwałam postawę „i tak tu przyjedziecie” i chęć wyciągnięcia z turystów pieniędzy…

      • Dokladnie taka postawa ” i tak do nas przyjedziecie” tam dominuje, a placi sie za wszystko. Staraja sie odcinac kupony od swojej popularnosci. Coz, do Zakopanego np jeszcze troche im brakuje, ale i tak moze sie to nie podobac.

  7. Najgorsza pora na wizytę w Kazimierzu, to chyba lato, wiele osób wraca wtedy rozczarowanych. Ja zawsze jeździłem jesienią i wtedy było przepięknie – pusto i kolorowo (liście). Na szczęście cyganek nie spotkałem. Wąwóz Plebanka jest taki sobie, najpiękniejszy jest rzeczywiście Korzeniowy Dół. I widok z Góry Trzech Krzyży o zachodzie słońca…

    • Ania (autorka)

      To mam nadzieję, że gdy kiedyś ponownie wybiorę się do Kazimierza, trafię na spokojniejszy okres i uda mi się zachwycić tym miasteczkiem :)

Miło jest czytać komentarze - może jakiś napiszesz?